Czego warto nauczyć się od Amerykanów?

Mówią, że pusty, powierzchowny, nieszczery – uśmiech Amerykanów. Czy ja wiem? powierzchowny czy nie, mi się on podoba, zdecydowanie wolę go od ponurej posępnej twarzy Polaka. To oczywiście generalizacja i wszędzie są wyjątki – serdeczni rodacy i nieżyczliwi mieszkańcy zza oceanu, ale faktem jest, że stereotypy nie biorą się z powietrza, a i my spotkaliśmy znacznie więcej uśmiechniętych ludzi w Stanach. Bardzo dobrze się z tym czuliśmy, śmiałam się, że czasem wystarczy, że popatrzysz na kogoś dłużej niż 2 sekundy, a na jego twarzy zaczyna pojawiać się uśmiech, niemal jak z automatu. Wiadomo, że łatwiej jest uśmiechać się do ludzi, którzy owo uśmiechanie traktują jako coś absolutnie naturalnego, w Polsce trochę trudniej uśmiechnąć się do obcej osoby ni stąd ni zowąd – napotyka się spojrzenie mówiące – czy my się znamy, dziwny jakiś ten człowiek, niechże już sobie pójdzie… Czemu tak uczepiłam się tego uśmiechu? Ano stał się on szczególnie ważny w kontekście naszej Ani – małej słodkiej dziewczynki w różowych okularkach na wesołym wózeczku, która tak kapitalnie sobie z nim radzi, aż miło patrzeć, jaka dzielna – tak postrzegała Anię większość ludzi, których spotkaliśmy, mijaliśmy, staliśmy z nimi w jednej kolejce, zobaczyliśmy w sklepie, na ulicy itd. Zupełnie obcy nieznajomi, którzy bardzo często do serdecznego, szczerego pełnego zachwytu uśmiechu dokładali miły komentarz, rozpoczęli z nami rozmowę, chwalili okularki, z wdzięcznością przyjmowali stworzony przez Anię rysunek (w jednym z samolotów obdarowana obrazkiem stewardesa pokazała go reszcie załogi w tym pilotom, ostatecznie zawisł on w widocznym miejscu przy wejściu do samolotu). Zdawałoby się – zupełnie normalne naturalne zachowanie, często spontaniczne – dla nas miód na serce, istotne wsparcie przyjmowane z wdzięcznością niczym prezent od serdecznego przyjaciela. Jakże różnie i jakże inaczej jest w naszym kraju. Wspominaliśmy już o spojrzeniu, w którym litość i współczucie ( w pewnym stopniu zrozumiałe) mieszają się z niezrozumieniem, strachem, wręcz odrazą. Efekt? Bardzo bardzo nieprzyjemny. Powód? Wciąż nie jesteśmy przyzwyczajeni do niepełnosprawnych, boimy się odezwać, nie wiemy jak się zachować, co powiedzieć. Podczas gdy wystarczy zobaczyć po prostu zwykłego człowieka, któremu na pewno będzie milej, jeśli się do niego uśmiechniemy, nawet jeśli nie mamy pewności, czy nas zrozumie, czy odpowie. Na koniec taka scena – Ania podjeżdża na swoim wózeczku do kolejki, w której obsługiwane są osoby z niepełnosprawnością. Przed nią siedzi na wózku starszy, smutny pan. Ania do niego macha, robi samolocik rękami, jakby chciała powiedzieć „lecę samolotem” i obraca się na wózku dookoła własnej osi. Pan wybucha głośnym śmiechem. Na pewno był to dla niego jasny moment tamtego dnia.
Na zdjęciach przyjaciółka Ani – słoneczna Pantera:)

Recommended Posts