Takie tam refleksje mamy

Takie tam refleksje
Już jakiś czas jesteśmy w domu i cicho siedzimy pochłonięci ogarnianiem rzeczywistości:) Ania wróciła do swojego zwyczajnego rytmu w przedszkolu, a my w zwyczajny wir załatwiania różnych spraw związanych z Anią – poszukiwania ortopedy dziecięcego, przymierzanie wózków aktywnych (obejrzeć można tylko za pośrednictwem przedstawiciela danej firmy, z którym się trzeba wcześniej umówić), dylematy wokół zastrzyków botulinowych, gdzie jak, w jakim znieczuleniu, a już niebawem w końcu pobieranie miary na ortezy. Ot, po prostu codzienność, a gdzieś z tyłu głowy wciąż gdzieś siedzą refleksje po ostatnim turnusie. Ośrodek mieści się na obrzeżach Bydgoszczy, miałyśmy więc blisko do okolicznych sklepików. Miałam ze sobą Ani wózeczek aktywny, w związku z tym nieuchronnie robiliśmy furorę i wiecie co, mieszkańcy mając pod nosem taki ośrodek już od wielu lat, wciąż wpadają w osłupienie na widok dziecka na wózku, dosłownie nie wiedzą co ze sobą zrobić.
Sytuacja pierwsza: Wracając do ośrodka, spotykamy pana z psem, który zobaczywszy Anię z przejęciem w głosie wykrzyknął: Mój Boże już takie maleństwo! Ja wiem, że ten Pan miał jak najlepsze intencje, powiedział, co pomyślał, szczerze, co na myśli to na języku, nie zastanowił się, czy Mama tego dziecka chciałaby coś takiego usłyszeć i jak się po tym poczuje, czy samo dziecko (załóżmy, że jest sprawne intelektualnie, jakkolwiek by to źle nie zabrzmiało) chciałoby to usłyszeć i czy sobie z takimi słowami poradzi. Może wolałoby, żeby ten nieznajomy Pan się zwyczajnie uśmiechnął, współczucie czy litość zdążył schować do kieszeni, odmachał, wesoło zagadał, ale fajna bryka, super sprzęt, śliczna spódniczka, tak jak zagadujemy zdrowe dziecko spotkane gdzieś na spacerze. Matka skierowała w stronę nieznajomego wściekłe spojrzenie i od razu tego pożałowała, bo pomyślała, w końcu miał człowiek dobre intencje, przejął się chłop…
Sytuacja druga (główny bohater przebił swojego poprzednika pod każdym względem)
Jesteśmy z Anią w sklepie, szperamy w chrupkach kukurydzianych. Kątem oka widzę, że jakiś wąsaty pan z brzuszkiem obładowany zakupami stanął oniemiały i tak stoi. Wreszcie się odezwał i powiedział coś takiego:
Ja przepraszam, że tak się patrzę, ale ona taka drobniusieńka, to przez chorobę prawda..
Tu próbowałam powiedzieć z kolei coś ja w odpowiedzi: tak, jeśli jest Pan ciekawi proszę zajrzeć na stronę (na kołach wózka widnieje adres Ani strony) Pan mnie już jednak nie słuchał, jeśli w ogóle słuchał, zamiast tego dodał:
Proszę spojrzeć jaką mam gęsią skórkę i głupie myśli… Po czym odszedł nie mając zamiaru rozmawiać, a ja przecież mimo że oniemniałam tym razem ja, byłam ciekawa jakie to głupie myśli miał ów pan na myśli. Spotkaliśmy się jeszcze w kolejce do kasy, pan stał przed nami, pomachał radośnie i zaczął rozkładać rzeczy na taśmę. Ania jak zwykle przy kasie, zaczynała się robić nerwowa – stresuje się zawsze przed kasowaniem rzeczy, które wybrała, za dużo emocji mówiąc w skrócie (mam zawsze w zanadrzu drugą sztukę danej rzeczy, żeby Ania nie musiała jeśli sama nie zechce oddawać do skasowania). Szkoda, że jedną z „głupich” myśli tego Pana nie było ustąpienie nam miejsca w kolejce, nikt z pozostałych klientów (a kolejki były duże) nie ustąpił miejsca niepełnosprawnej osobie, może gdyby była dorosła, kto wie. Ale przejąć można się zawsze. A z tymi kolejkami to jest tak wszędzie. W Lidlu, w którym już nas dobrze znają, jest kasa z pierwszeństwem, z reguły nikt na znak nie zwraca uwagi, stoimy więc grzecznie, choć czasem nie jest łatwo ogarnąć Ani emocji. Za to mamy szczęście do panów pod wpływem, bo z szarmanckim gestem puszczają Anię przed siebie, po czym uprzejmie przepraszają pozostałych kupujących, że nie zapytali ich o zdanie. Serio:) Mimo wszystko kończę pozytywnym akcentem.

Recommended Posts