Walentynkowe niespodzianki

Walentynki ich mać. Zaczęło się od tego, że wróciło mi (na szczęście w słabszym wydaniu) to co wysłało mnie na L4, więc musiała się wykazać Mama, która (choć oczywiście odwieziona na basen z Anią, choć pomogłem się przebrać Ani) to w wodzie z Anią musiała sobie radzić sama i świetnie sobie poradziła. Tu wrócę na chwilę do wczorajszego posta, bo dziś los zdawał się zaprzeczać jego tezom, bo już w basenie Ania trafiła na wielu sympatycznych ludzi dobrze się z nimi bawiąc. Dziewczyny kończą pływać, pomagam wymyć i ubrać Anię, suszymy głowę i jedziemy na „am”. Miejsce zarezerwowane, wiemy co zamówić a Ani zaczyna się odbijać, zaczyna się ślinić w końcu decydujemy się dać „mleka”, po którym albo przejdzie, albo Ania zwymiotuje i powinno jej to pomóc. No oczywiście, że zwymiotowała, po czym jeszcze raz poprawiła, umyliśmy buzię i wracamy z toalety do stołu. Ania marudna, mówi „dom” po chwili kładziemy ją na kanapie, przytulamy, okrywamy, na chwilę zasypia, leży zmęczona a my naprędce jemy walentynkowy obiad. Ania budzi się smutna i zmęczona, chce do domu, rezygnujemy z deseru zbieramy się a tu w 2 sali przepiękny rodezjan (pies znaczy). Pies piękny a właściciele serdeczni, podchodzimy, rozmawiamy. „Eko” robi sztuczki nagradzany smakołykami a Ania po tym, gdy przyłożył swój nos do jej noska pierwszy raz się uśmiechnęła i powoli zaczęła dochodzić do siebie nawet trochę broić i dokazywać. Dziękujemy właścicielom i Eko za uśmiech Ani wtedy gdy był najbardziej potrzebny.
PS: Zdjęcie z dnia poprzedniego kiedy Ania była w lepszej formie.

Najnowsze wpisy