Relacja

I po turnusie, wczorajszy Dzień Dziecka w znacznej mierze spędziliśmy w podróży powrotnej do domu. Ania wspaniale przespała całą noc, co pozwoliło i nam trochę się zregenerować. Turnus uznajemy za udany, Ania rozruszała się, na czym nam bardzo zależało po długiej świątecznej przerwie, dobrze się bawiła, realizowała się towarzysko. Każdego dnia miała hipoterapię (uwielbiała przynosić Rudej jakiś smakołyk) a potem Ciocia Kasia i Ciocia Ania zabierały Anulkę w las i tyle ich widziałam, zawsze wracała z uśmiechem, co dla nas jest szalenie ważne. Sama miałam okazję pojeździć na koniu pół godziny, tak ja dzieci tylko na derce. Pewien przemiły pan instruktor wziął mamę w obroty i pokazał mi jakie wrażenia mogą odczuwać dzieci, których mózg rządzi się innymi prawami a i reszta ciała nie funkcjonuje prawidłowo – jechałam na przykład tyłem z zamkniętymi oczami a mój błędnik błagał o zmiłowanie, było też bokiem, na leżąco i na kolanach ale to już dla frajdy, której faktycznie miałam co nie miara. W każdym razie jeszcze raz sobie uzmysłowiłam, że ta hipoterapia to nie takie zwykłe siedzenie na koniu, wymaga od mózgu sporo wysiłku, to nie lada stymulacja, poza tym ruchy konia przekazują dziecku wzorzec naprzemienności, mięśnie się rozluźniają pod wpływem ciepła (temperatura ciała konia jest wyższa od temperatury ciała człowieka). Po koniu miała Ania logopedię z masażem buzi albo zajęcia z bardzo wesoła panią pedagog, potem terapię ręki, rehabilitację ruchową, która zawsze trwała krócej niż wykazywał grafik, podobnie było z SI. Jak zawsze chodziło mi o to aby Ania dobrze się bawiła, przy okazji się rehabilitując, a kiedy widziałam, że jest zmęczona, po prostu kończyłyśmy szybciej. W przypadku Zespołu Cockayne’a delikatna, wyważona rehabilitacja, w żadnym wypadku wbrew dziecku, jest szalenie istotna. Przemęczenie i stres przynoszą odwrotny efekt od zamierzonego. Zabawa zresztą to klucz do Ani, żaden inny w przypadku rehabilitacji nie pasuje.:) Były także codzienne masaże nóżek na wzmożone napięcie i skracające się Achillesy (tego Zazul nie lubi, najskuteczniejsza okazała się zabawa piłeczką, po którą latałam po całej sali), w międzyczasie Ciocia robiła swoje i hydromasaż na koniec dnia, czyli „pływanie” do którego Ani namawiać nie trzeba. Łasa Ania była na wszelkiego rodzaju atrakcje popołudniowe jak zajęcia muzyczne, plastyczne, odwiedziny alpak i dogoterapię, która zawsze jest przyjemnością, a w przypadku przeuroczych psów pana Tomka, była to przyjemność podwójna. A na koniec aspekt towarzyski, o którym już wcześniej wspominałam. I tym razem wróciliśmy do domu bogatsi o kolejne cenne relacje. Mam nadzieję, że pozostaniemy w kontakcie. To był dobry czas, choć nie zabrakło trudnych momentów, jak ten opisany w poprzednim poście i nieustannej tęsknoty za Tatą i domem. Ze wzrokiem Ani jest coraz gorzej, zaćma daje się mocno we znaki (pewnie zauważyliście, że Ania nie nosi okularów – zrzuca je, bo najwyraźniej już nie pomagają). Ze słuchem też nie najlepiej, coraz częściej nadstawia ucha. Przed nami ważne decyzje.
Na zdjęciach Ania na swojej ulubionej Rudej, Ania w towarzystwie przyjaciółki Zosi, Mamy Ani i Babci Hani, śniadanie z gadającymi papugami (serio, te papugi powtarzają wszystko w dowolnym języku:)), z angielskim przyjacielem Luisem Love for Louis i jego mamą Lucy, skupienie na zajęciach popołudniowych, dogoterapia.

Recommended Posts