Smutki

Niestety piątek 13-ego zobowiązuje, niedziela 15ego także. A miało być tak pięknie, dostałem na pół dnia „wychodne” i pojechałem w skały, wracam i już w Gliwicach widzę, że dziwnie i źle widzę, telefon do zaprzyjaźnionej lekarki – jechać na ostry dyżur okulistyczny, pogotowie mówi to samo i gdzie jechać – jedziemy , tzn. brat mnie wiezie, a łeb mi pęka i bardzo boję się że to coś neurologicznego, okazuje się że to chwilowe zaburzenia wzroku związane z ciśnieniem/przepływem krwi i trzeba dalej badać, bo to dzwonek alarmowy. Dostaję leki, wracamy a Ania wyraźnie nieswoja padnięta, leci jej z noska. Jaka będzie noc już wiemy, ale choć nie było dobrze, nie było też bardzo strasznie, w sobotę Ania budzi się wesoła, a że po moich przygodach i ze względu na katar Ani, odwołaliśmy skały to można było umówić się z ciocią Anią – co miało trzy plusy, można Ani (naszej)powiedzieć, że przyjdzie Ciocia – co poprawia jej humor, ciocia przychodzi i bawi nas i Anię swoim towarzystwem i przynosi „motyle” dla Amy and Friends Cockayne Syndrome and Trichothiodystrophy Support stowarzyszenia w którym jest Ania. W niedzielę znów mam „wychodne” tzn. mogę jechać posłuchać wykładów, pogadać o matematyce – jadę uprzednio jadąc do całodobowej apteki, nie ma z domu ponagleń by wracać, jestem więc na ustaloną 17-nastą. Ania zmęczona, z noska ciągle się leje, kicha, kaszle, ale wydaje się że jest w miarę dobrze, do momentu gdy idziemy spać. Klasyczne przenosiny do drugiego pokoju, kaszle nagle inaczej – będzie wymiotować, Marta zrywa się po kubek, bo byliśmy nieprzygotowani, pierwsza fala idzie w kubek, chcemy wycierać buzię, druga fala przez rękę ratującą Anię i łóżko też w kubek, podnoszę Anię biegniemy do łazienki, oparła się o mnie i … i wszystko idzie po koszuli, po spodniach, dobiega Marta, przejmuje Anię tak aby jej nie ubrudzić tym co na mnie, myjemy ja siebie, Marta Anię, potem zęby, jednak trzeba przebrać. Próbujemy z Anią się z tego śmiać – mamy taką piosenkę kąpielową, myk polega na tym, że podpinamy balon do prysznica, Ania na tym siada, balon rośnie a my śpiewamy „A ja w domu mam konika, mam konika – balonika, wiśta wio hop sa sa skacze konik skaczę ja” – no to śpiewam to z końcówką „rzyga konik rzygam ja” – po czym, „nie, nie chcemy rzygającego konika” i wiecie co, Ania, wymęczona wymiotami, zaczyna się śmiać. Kończymy przebieranie, idziemy do łóżka, jeszcze Misia, jeszcze ogrzewanie zmarzniętych nóżek i spać…

Najnowsze wpisy