Wieści

To zdjęcie z „Hotelu Kowalski” :):) w którym oficer zabawowy Leo uprzyjemniał nam pobyt.
Jak wiecie byliśmy w ostatnich dniach w Centrum Zdrowia Dziecka by zdiagnozować problemy Ani ze wzrokiem i ze słuchem. Zacznę więc od części medycznej – otóż zbadać słuchu się nie udało, nawet zbadać w drobnym zakresie, Ania stanowczo odmawiała jakiejkolwiek współpracy, nie chciała pozwolić sobie zaglądnąć do ucha, nie chciała pokazywać, nie chciała przede wszystkim czekać na spotkania z kolejnymi lekarzami. Zresztą od tego niechcenia na czekanie wszystko się zaczęło – bo Ania niestety zbyt dobrze wie co to szpital i po prostu bała się, denerwowała, płakała. Pewnym pocieszeniem i chwilami radości był spotkany Kuba z Mamą, którzy robili co mogli by oderwać myśli Ani od „ała”- dziękujemy! Po nieudanych próbach badań wróciliśmy na oddział i na noc mieliśmy zaplanowaną próbę badania ABR na nowych środkach nasennych. Ania zasnęła, a gdy już dobrze zapadła w sen przeniosłem ją, z poduszką, z kołdrą, na rękach do pokoju badań, gdzie okazało się, że mycie które było robione przed zaśnięciem (by w tych miejscach przykleić elektrody) jest niewystarczające, trzeba było powtórzyć, Ania zaczęła się rozbudzać, udało się przykleić 3 z 4-ech koniecznych elektrod i Ania się rozpłakała i nie dawała uspokoić. Zrezygnowaliśmy. Następnego dnia długa i jakaś uspokajająca rozmowa z prof. anestezjologii, który będzie Anię znieczulał do powtórzenia badania ABR tym razem w znieczuleniu, rozmowa długa, chyba owocna i nastrajająca mnie optymizmem chyba ze względu na jakieś szerokie spojrzenie i rozsądek w słowach anestezjologa.W piątek przed anestezjologiem badania okulistyczne, o których myśleliśmy, że będą w znieczuleniu – nie były, ale za to były wykonane nadzwyczaj sprawnie. I co się okazuje? Oczywiście jest i zaćma i retinopatia i blade nerwy, ale największy, najważniejszy i najpilniejszy problem to zmiany rogówki. Z zaćmą można jeszcze trochę czekać, za rogówkę trzeba się szybko zabrać, a najlepszy specjalista jest w Sosnowcu, więc w poniedziałek tam uderzamy – tzn. umawiamy się na wizytę. Jeszcze tylko dogranie terminów ponownych wizyt w Centrum Zdrowia Dziecka i jesteśmy wolni. Jest trochę za późno by wracać do Gliwic, wracamy więc do przyjaciół – u których nocowaliśmy przed badaniami. Wreszcie mogę przejść do jakiejś pozytywnej opowieści, świetnie że zostaliśmy ten dzień dłużej, jakoś bezstresowo można było porozmawiać – wieczorne pogaduchy skończyliśmy, jak za studenckich czasów, tuż przed 4 nad ranem i tylko dla tego że gospodarze musieli w sobotę rano iść wyprowadzać psy – jako wolontariat. Ale wcześniej wybraliśmy się jeszcze na małe zakupy, bo Leo potrzebował podkładów – a na zakupach 2 duże przyjemności. Ot stoimy z Anią i Maćkiem czekając na Martę i widzę, że ktoś się do mnie uśmiecha. Miałem nieodparte wrażenie, że znam tę twarz – myliłem się, nie znałem, za to Pani znała Anię z naszego bloga, kilka ciepłych słów i życzenia zdrowia – jakże Ani potrzebnego. Zrobiliśmy zakupy i Ania miała jeszcze ochotę na „windę” – ruchomą pochylnie po której Ani dobrze się „zbiegało” – przebierała nogami nadając prędkości, trochę podnosząc się na rękach, za które ją trzymałem i – chyba najważniejsze – czując pęd powietrza, widząc ruch przez szklaną poręcz. Przegoniła mnie po tej windzie ładnych parę razy, gdy już mieliśmy skończyć, to „jeszcze”, no więc jeszcze. Gdy myślałem, że serce mi od tego biegania wyskoczy, poszliśmy do samochodu, gdzie zrobiła nam jeszcze awanturę, że jeszcze, że „winda”. Maciek, Magda, Dziewczyny – dziękujemy za ten czas!

Najnowsze wpisy